Przejdź do treści

Zmęczona republika

Niemcy stoją przed wyzwaniami, o których zabezpieczenie nowy rząd w zasadzie się dotąd nie postarał. Aparat rządzi, ale przełomu brak.

 

Najbardziej znany niemiecki dokumentalista nie przepuścił szansy. Stephan Lamby, który swoimi filmami o Henrym Kissingerze, Helmucie Kohlu, Wolfgangu Schäuble, o kryzysie strefy euro, cenie politycznej władzy, a ostatnio o oddalaniu się od siebie polityki i opinii publicznej ustanowił nowe standardy, teraz zajął się męcząco długą drogą do utworzenia nowego rządu federalnego. Jego nowy film nosi tytuł „Im Labyrinth der Macht“ (W labiryncie władzy), a stacja telewizyjna ARD pokazała go na początku marca w najlepszym czasie antenowym. Film portretuje najwyższe berlińskie kadry polityczne, które charakteryzuje przede wszystkim jedno – zmęczenie.

 

Fizyczne i psychiczne zmęczenie dominuje oczywiście też dlatego, ponieważ Lamby pozwala nam być świadkami “dramatycznych posiedzeń”, “przykrych zarzutów i wielu błędnych dróg”. Po 24 września 2017 roku, „dniu, który zdezorientował kraj“, jeszcze przez długi czas wydawało się, że nikt nie chce rządzić, jakby nikt oprócz CDU i Partii Zielonych nie chciał wesprzeć Angeli Merkel, by została po raz czwarty kanclerzem. Christian Lindner, szef partii FDP, w deszczową noc wypowiedział to, co nadawałoby się na tytuł pierwszego rozdziału historii tworzenia aktualnego rządu: „Lepiej nie rządzić wcale, niż rządzić źle”. W międzyczasie był już listopad i pewnej niedzieli nastąpił koniec tzw. „Jamajki”, czyli planowanej koalicji pomiędzy CDU/CSU, FDP i Partią Zielonych.

© istock/Stroblowski

Stan mentalnego zmęczenia panował także później, między adwentem i lutym. Drugi rozdział mozolnej drogi, mającej pomóc Niemcom w budowaniu rządu, stał pod znakiem SPD i nosił tytuł: „Nie dążę do niczego”. Zdanie to można zinterpretować jako kompletną odmowę wobec jakiejkolwiek politycznej woli kształtowania, jako nihilizm stosowany, jako nadąsany akt kapitulacji. To wszystko zawiera właśnie zdanie wypowiedziane przez ówczesnego przewodniczącego SPD, Martina Schulza, który jako kandydat na stanowisko kanclerza z hukiem poniósł porażkę. Dalszy ciąg cytatu pochodzącego z 26 listopada 2017 roku brzmi tak: „Nie dążę do Wielkiej Koalicji, ani do rządu mniejszościowego. Nie dążę do nowych wyborów. Nie dążę do niczego. To, do czego dążę: do dyskusji o drogach, które są najlepsze, aby życie ludzi codziennie stawało się trochę lepsze”.

Ale to kwestia, co do której SPD nie była i nadal nie jest zgodna – jaką polityczną drogę obrać; jakie kroki u jakich ludzi miałyby spowodować jakie polepszenie poziomu życia; czy przewodniczący powinien być kimś więcej niż moderatorem dyskusji. Martin Schulz nie był w stanie być kimś więcej. Ogłoszona przez niego na początku lutego rezygnacja ze stanowiska przewodniczącego partii była nieunikniona. Jeśli ktoś bezpośrednio po porażce negocjacji w sprawie koalicji jamajskiej uparcie powtarza, że dla SPD kolejna Wielka Koalicja nie wchodzi w rachubę, a później wyjaśnia, że z nim na stanowisku ministra spraw zagranicznych Wielka Koalicja byłaby wspaniałą rzeczą, to ten ktoś nie nadaje się na wysokie stanowisko polityczne. Fakt, że Schulz w Brukseli takie właśnie zajmował, świadczy o złych kryteriach wyborczych w kwestii elit Unii Europejskiej.

 

Film Lamby’ego wyraźnie pokazuje, jak nieporadnie Schulz zachowywał się w Berlinie – jowialny egoman wesoło gada bez końca, nie znajduje odpowiedniego tonu, nie ma właściwie koncepcji i nie umie rozróżniać między sprawami poufnymi i publicznymi. W Brukseli najwyraźniej mu nadskakiwano, w Berlinie się od niego wymaga. Jeśli przyszła minister sprawiedliwości Katarina Barley (SPD) stwierdza, że po porażce „Jamajki“ „należało najpierw spokojnie odczekać, co cztery pozostałe partie same powiedzą na temat swojej porażki”, to jest to druzgocący wyrok. Oznacza on, że Schulz nie jest politycznym mędrcem, o ile politykę pojmuje się jako średnią rzeczy możliwych i życzeniowości.

 

Kevin Kühnert, 28-letni przewodniczący „Jusos”, „Wspólnoty Roboczej Młodych Socjalistów i Socjalistek w SPD”, zmęczony nie jest. W zasadzie w akcji solowej udało mu się przeforsować głosowanie członków. Elokwentnie i mądrze zabiegał o przejście SPD do opozycji. I choć w liczącej 177 stron umowie koalicyjnej pomiędzy CDU, SPD i CSU w bardzo wielu miejscach można rozpoznać charakter SPD, Kühnert nie ufał porozumieniu zawartym 7 lutego. Obawa młodego berlińczyka, że charakter SPD na ławach rządowych zatrze się nie do poznania, była wiarygodna. Kierował nim strach, że kolejna Wielka Koalicja będzie ostatnim gwoździem do trumny partii ludowej o nazwie SPD. Dlatego trzeci rozdział na drodze wspierania Niemiec w budowaniu rządu nosił tytuł: “Porozmawiajmy o tym!”.

 

© istock/Lindrik

SPD potwierdziła się tym samym – w zależności od punktu widzenia – albo jako żwawa partia praktykująca demokrację podstawową, albo też jako grupa samopomocowa z masochistycznymi skłonnościami. W tych dniach można było polegać tylko i wyłącznie na spadających notowaniach w sondażach. Z uchodzących już za katastrofę 20,5 procent podczas wyborów federalnych notowania SPD spadły do 15–17 procent. W jednym z instytutów badania opinii publicznej SPD zajęła miejsce zaraz za niekochanym, wręcz wstrętnym konkurentem – Alternatywą dla Niemiec (AfD), która mimo podejrzanej kadry politycznej i budzących obawy wypowiedzi jest na najlepszej drodze do stania się prawicową partią robotniczą. Czy zdają sobie sprawę z tego ci, którzy nadal śpiewają chwalebną piosnkę o społeczeństwie imigracyjnym i „humanitarnym imperatywie”? Również Kevin Kühnert nie wypowiadał się krytycznie o imigracji. Dla niego ważniejsze jest podwyższenie podatków niż ochrona granic. Bez nowego realizmu w polityce uchodźczej trudno będzie SPD odzyskać status partii ludowej. W sporych częściach wschodnich Niemiec już nią nie jest.

Zdecydowana większość SPD, która opowiedziała się za Wielką Koalicją – 66 procent – to tylko na pierwszy rzut oka klęska Kühnerta. W przyszłości będzie on pełnił niepodważalną rolę sumienia partii. Przy kompromisach, który niesie ze sobą i ten nowy sojusz, pierwsze pytanie o jego stosowność padnie w jego kierunku. Jeśli Kühnert się postara, stanie się wyznacznikiem zdecydowanie lewicowej socjaldemokracji. Fakt, że w codziennym działaniu napotyka ona skierowaną na lewo CDU, nie zaspakaja tęsknoty za czysto socjaldemokratyczną nauką.

 

Na nadzwyczajnym zjeździe partii CDU 26 lutego wyrażono wprawdzie głośną krytykę lewicowego kursu Merkel – że CDU zdradza swych konserwatywnych wyborców, podążając z duchem czasu za tak marginalnymi tematami jak „małżeństwo dla wszystkich”. Rada gospodarcza, która machając chorągiewkami, odważnie podała do protokołu, że nowa umowa koalicyjna nadal będzie „tuczyła“ państwo, ale hamowała wolną gospodarkę, na koniec została przegłosowana. Umowa koalicyjna została zaakceptowana z wynikiem 948 na 27 głosów – przez delegatów, a nie, jak w SPD, przez wszystkich członków. Również w czasach kryzysu można polegać na CDU jako maszynie władzy. Fakt, że zaniedbane zostaną sektory Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Gospodarki, nie jest tak bardzo ważny w obliczu słabnącej konkurencji i pozytywnych danych ekonomicznych, ale to może się jeszcze zmienić. Nowa otwartość, z jaką donosi się o ciemnych stronach imigracji, o kosztach związanych ze słabo wykwalifikowanymi mężczyznami z muzułmańskiego kręgu kulturowego i idącym w parze z imigracją wzroście przestępczości, mogłyby mieć dla kanclerzowania Merkel piorunujące konsekwencje.

 

Dlatego na dłuższą metę może się okazać strategicznym błędem, że kanclerz Merkel nadal sprawia wrażenie, że Europa jest dla niej ważniejsza od Niemiec – choć na zjeździe partii nagle mówiła o „losie naszej Ojczyzny“, o który to się zatroszczy. Umowa koalicyjna mówi coś innego. Ma ona długi tytuł „Nowy przełom dla Europy. Nowa dynamika dla Niemiec. Nowa więź dla naszego kraju“. Europa stoi na pierwszym miejscu w czasach, kiedy Niemcy w dużym stopniu odizolowały się od Europy wskutek polityki imigracyjnej Angeli Merkel. Pani kapitan potwierdza obrany przez siebie kurs, ale prawie nikt nie wiosłuje w tym samym kierunku.

 

Tymczasem słabość innych jest szczęściem dla CDU i CSU. Jednak szczęście to nie udźwignie prawdopodobnie całego, czteroletniego okresu kadencji. Nowo wybrany gabinet nie oznacza raczej przełomu i dynamiki, lecz wytrwałość. SPD, która obsadza sześć z czternastu ministerstw, przesunęła Katarinę Barley z resortu pracy do resortu sprawiedliwości, a Heiko Maasa z Ministerstwa Sprawiedliwości do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Niewielu wierzy, że nieradzący sobie minister sprawiedliwości zamieni się w ujmującego przedstawiciela niemieckich interesów za granicą. Również weteran SPD Hubertus Heil w roli ministra pracy nie emanuje duchem nowego początku. Jedynym strzałem w dziesiątkę jest pani Franziska Giffey, burmistrz Neukölln, na stanowisku minister ds. rodziny. Ta rezolutna kobieta, rządząca w problematycznej dzielnicy Berlina, udowodniła, że nie traci odwagi w obliczu wyzwań społeczeństwa wielokulturowego.

 

CDU pozostawiła chronicznie bezskutecznej Ursuli von der Leyen kierowanie Bundeswehrą, mianowała pochodzącą z branży hotelarskiej Annę Karliczek na minister edukacji, a Jensa Spahna, rzeczywistego czy rzekomego krytyka Merkel, włączyła w struktury dyscypliny gabinetu jako ministra zdrowia. Jakby nie było, 37-letni Spahn nadal udziela wywiadów, w których stwierdza: „Chodzi również o zabezpieczenie kultury: obyczajów, tradycji, wolnej niedzieli. Powinniśmy aktywnie doceniać takie cnoty jak pracowitość i punktualność”. W ogólnoniemieckim sporze o organizację charytatywną bank żywności w Essen [die Tafel], który wydaje potrzebującym artykuły spożywcze i po złych doświadczeniach z rozpychającymi się imigrantami postanowił na razie nie przyjmować nowych cudzoziemców, Spahn wyraził zrozumienie dla tego rodzaju kroków, gdyż tam “młodzi mężczyźni [zachowali się] bezczelnie i bezceremonialnie”.

 

Nie ma wiosny bez przesilenia wiosennego, czyli bez zmęczenia. Lekarze rodzinni znają to powiązanie i przypominają o zbliżającym się lecie. Czy niemiecka polityka równie prędko przezwycięży swoje zmęczenie? Na razie w prawie najlepszym pod względem ekonomicznym świecie panuje wielka obawa przed przyszłością. Nowy gabinet jest zespołem mniej lub bardziej znanych partyjnych osobowości. Na próżno tu szukać zaskakujących ekspertów, a już na pewno nie z otoczenia niezwiązanego z polityką. Zasada proporcjonalności góruje nad ekspertyzą, aparat rządzi. O czasie połowicznego rozpadu przypuszczalnie ostatniego rządu Merkel zadecyduje z jednej strony sytuacja ekonomiczna, z drugiej zaś sposób zarządzania nadal pożądaną imigracją. Na obu polach niewiele zrobiono w kwestii zabezpieczenia przed złymi czasami. Dlatego też mottem stojącym nad pierwszym rozdziałem historii zaprzysiężonego 14 marca rządu jest stare niemieckie powiedzenie: „Es wird schon schiefgehen!“ (Połamania nóg!).

 

Z niemieckiego przełożyła Monika Satizabal Niemeyer

 

nv-author-image

Alexander Kissler

Literaturoznawca i historyk. Pracuje w berlińskim biurze Neue Züricher Zeitung i jest autorem licznych publikacji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.