Przejdź do treści

Iluzje zmiany i złośliwy bakcyl autorytaryzmu

Zmiana na stanowisku premiera odbyła się w taki sposób, że jeśli ktoś naprawdę uważnie nie śledził medialnych albo internetowych doniesień, mógł jej właściwie w ogóle nie zauważyć. Najpierw tygodnie niejasnych spekulacji i fałszywych alarmów, potem głośne odrzucenie wotum nieufności dla rządu (jeszcze) Beaty Szydło, a następnie błyskawiczna wymiania tej ostatniej na Mateusza Morawieckiego. Określenie „wymiana” wydaje się zresztą najlepszym określeniem tej iluzorycznej zmiany, która – jak widać po składzie nowego gabinetu – wszystko pozostawia po staremu.

 

Najrozsądniejszą reakcją na to kosmetyczne przetasowanie wydaje się więc spontaniczna opinia Lecha Wałęsy, stwierdzającego, że Morawiecki to „żaden premier”, bo i tak „wszystkim rządzi Kaczyński poza prawem”.  Tak naprawdę bowiem w Polsce istnieje dziś unikalny system władzy, w którym jej wyłączny realny ośrodek, od którego zależą wszystkie decyzje, funkcjonuje całkowicie poza demokratyczną kontrolą i demokratyczną logiką charakterystyczną dla współczesnych zachodnich instytucji politycznych. To system wodza, który zezwala na istnienie demokratycznej fasady tylko po to, by w jej cieniu, z ukrycia móc rządzić bez żadnych ograniczeń i konstytucyjnej odpowiedzialności. Wymieniając w razie potrzeby jednych funkcjonariuszy reżimu na innych. I snując zarazem „hiperdemokratyczną” narrację o społeczeństwie jako „suwerenie”, którego wyborcza decyzja z 2015 roku legitymizuje wszelkie posunięcia władzy.

 

Demokratyczny pozór…

 

Ten system daje Jarosławowi Kaczyńskiemu ogromne możliwości manewru i manipulacji w relacjach z opozycją, niechętnymi mu mediami, a przede wszystkim z Unią Europejską. Ta ostatnia jest (i będzie) wobec jego systemu jeszcze bardziej bezsilna niż w relacjach z Orbanem czy Putinem, którzy własnymi twarzami firmują swoje autorytarne przedsięwzięcia. Trudno przecenić zalety takiego systemu w sytuacji Polski, kraju wciąż słabego i w dużej mierze zależnego od relacji z unijnymi partnerami, a przede wszystkim od rozmaitych unijnych funduszy. Jeśli ktoś, jak Kaczyński, pragnie przerobić taki kraj na autorytarny skansen w stylu Hiszpanii generała Franco, a zarazem uniknąć szybkiej katastrofy i zachować większość realnych profitów związanych z liberalną transformacją, nie mógł wybrać lepszej opcji. Demokratyczna fasada skupia na sobie uwagę, a toczące się w jej obrębie spory absorbują krajowe i zagraniczne media – odpowiednio manewrując w jej obrębie Kaczyński jest w stanie utrzymywać pozory demokratycznego pluralizmu, jednocześnie realizując swój podstawowy cel: skupienie w jednym ośrodku wszystkich nici władzy i tym samym zyskanie możliwości kształtowania społeczno-polityczną rzeczywistość w kierunku, który z liberalną demokracją nie będzie miał już nic wspólnego.

 

Takim finezyjnym manewrem w sferze demokratycznego pozoru był tzw. spór z prezydentem Dudą  o reformę sądownictwa – łatwo zauważyć, jak skutecznie zdezorientował on i „rozbroił” opozycję, tę medialną i tę uliczną w postaci masowego ruchu Komitetu Obrony Demokracji. Dziś prezydent, jak się okazuje, nie ma już problemu z podpisywaniem „poprawionych” przez PiS ustaw, które łamią podstawowe europejskie standardy, m.in. zasadę nieusuwalności sędziów i poddają ich politycznej kontroli.

© istock/ewg3D

„Rekonstrukcja rządu” to kolejne tego typu zagranie. Wymieniając siermiężną, ale niewątpliwie podobającą się Polsce prowincjonalnej, Beatę Szydło na rzutkiego (ale zarazem w pełni trzymającego się partyjnej linii ideologicznej) technokratę Morawieckiego Kaczyński stwarza kontrolowane zamieszanie i napięcie, dając mediom pożywkę dla niekończących się spekulacji o tym dlaczego sam nie został premierem, których ministrów „wyrzuci” nowy premier i jaki będzie efekt połączenia funkcji szefa rządu i ministra finansów. Morawiecki w roli premiera to też pozytywny sygnał – czy może raczej wabik – dla Unii, mający nieco ocieplić wizerunek Polski jako unijnego enfant terrible. Pozytywne reakcje w europejskich stolicach już pokazują, że ten trik z „uczłowieczaniem” autorytaryzmu zadziałał, przynajmniej na krótką metę. Co będzie dalej, nie wiadomo, można raczej spodziewać się kolejnych konfliktów, ale przez jakiś czas nowy premier będzie mógł kapitalizować swój technokratyczny image.

 

… i autorytarna rewolucja

 

W całym zamieszaniu z rekonstrukcją rządu najistotniejsze w gruncie rzeczy jest to, co owo zamieszanie przykrywa, czyli ciąg dalszy tzw. reformy wymiaru sprawiedliwości w postaci przepychania przez parlament „kompromisowych” ustaw o Krajowej Radzie Sądownictwa i Sądzie Najwyższym. Koincydencja tych dwóch wydarzeń, podkreślana przez niektórych komentatorów z pewnością nie jest przypadkowa. Ustawa o sądach to kluczowy element czegoś, co Jadwiga Staniszkis nazwała trafnie „permanentną rewolucją” Kaczyńskiego, decydujący cios zadany jednemu z filarów znienawidzonego przez prezesa PiS systemu III RP. To narzędzie, dzięki któremu PiS-owski reżim może zyskać faktyczną nietykalność przy demontowaniu kolejnych elementów liberalnej demokracji. Faktyczna polityczna kontrola nad sądami umożliwi też Kaczyńskiemu swobodne rozprawienie się z politycznymi przeciwnikami, wszystkimi tymi, którzy albo politycznie upokarzali go w przeszłości, albo mogą być potencjalnym zagrożeniem w najbliższej przyszłości. Dla prezesa PiS te ustawy mają więc znaczenie podstawowe, na tyle podstawowe, że jest w stanie poświęcić dla nich wszystko i… wszystkich. Także zaryzykować karkołomne manewry wizerunkowe. Ryzyko wymiany Szydło, osoby, powtórzmy, miłej sercu „Polski powiatowej”, która w większości popiera PiS, na bankiera Morawieckiego okazało się jednak niewielkie. Rekordowe wyniki partii Kaczyńskiego w sondażach, notowane tuż po rekonstrukcji rządu pokazują, że PiS-owski elektorat jest w stanie zaakceptować każdą właściwie woltę prezesa.

 

Z dzisiejszej perspektywy sprawą kluczową dla przetrwania liberalnej demokracji w Polsce są oczywiście przyszłoroczne wybory samorządowe. PiS-owski walec przetacza się dziś swobodnie i skutecznie na poziomie polityki ogólnokrajowej, miażdżąc dotychczasowy instytucjonalny ład, jednak przeszkodą w dokończeniu autorytarnej rewolucji pozostają samorządy, zwłaszcza wielkich miast, takich jak Warszawa, Kraków, Wrocław czy Gdańsk, w których PiS notuje znacząco niższe poparcie. Bez zdobycia tych bastionów dogłębna instytucjonalna zmiana i „zbawienie Polski”, o jakich marzy Jarosław Kaczyński będzie wątpliwe. Zmiana prawa dotyczącego Regionalnych Izb Obrachunkowych kontrolujących wykonywanie budżetu przez samorządy, dała PiS-owskiej władzy centralnej solidne narzędzie kontroli. Nie jest to jednak jeszcze „przejęcie” samorządów, które zgodnie z „hiperdemokratyczną” narracją partii rządzącej powinno dokonać się za sprawą decyzji mitycznego ludu-suwerena.

 

Z pierwszą przymiarką do takiego właśnie przejęcia mieliśmy do czynienia kilka miesięcy temu, gdy PiS usiłował rozmontować samorządowy ustrój Warszawy poprzez stworzenie tzw. metropolii warszawskiej. Pomysł przyłączenia do stolicy okolicznych gmin i miasteczek był jednak tak kuriozalny, że bezwstydnie politycznej motywacji tego przedsięwzięcia – w regionie otaczającym Warszawę PiS notuje znacznie większe poparcie wyborcze niż w samej stolicy – nie dało się w żaden sposób ukryć. Sprawa upadła zresztą także na skutek oporu samego „suwerena”, kiedy mieszkańcy okołowarszawskich miejscowości zaczęli organizować referenda, w których w większości opowiadali się przeciwko przyłączeniu do Warszawy.

© istock/marchello74

Ta – chwilowa przynajmniej – klęska z jednej strony pokazuje, że na poziomie lokalnym pewnych rzeczy nie da się mimo wszystko przepychać tak brutalnie jak niektórych rozwiązań  z poziomu ogólnokrajowego, z drugiej strony jednak stanowi sygnał, że oto przyszedł czas na bardziej finezyjne i skuteczniejsze triki. Jakie? Jeśli wierzyć ekspertom pole do manipulacji jest tu naprawdę spore, a przeprowadzane właśnie w parlamencie projekty PiS dotyczące ordynacji wyborczej mogą niepokoić w kilku punktach, takich jak choćby zapowiedzi „reformy” Państwowej Komisji Wyborczej, która, zgodnie z logiką przećwiczoną w przypadku sądów, miałaby być całkowicie zależna od parlamentarnej większości. Zresztą w sytuacji, gdy władza centralna będzie sprawować polityczną kontrolę nad Trybunałem Konstytucyjnym i sądami, w tym zwłaszcza Sądem Najwyższym, możliwości skutecznego demaskowania wyborczych manipulacji będą minimalne.

 

Jarosław Kaczyński marzy o zrealizowaniu w Polsce scenariusza węgierskiego: wieloletnich, autorytarnych rządach, cieszących się stabilnym poparciem 2/3 społeczeństwa, przy spacyfikowanej opozycji i bezsilnej w gruncie rzeczy Unii Europejskiej. Wciąż jednak nie ma ani takiego poparcia, ani tak skutecznej narracji o narodowej krzywdzie, do której można się w miarę potrzeby odwołać, prężąc mocarstwowe muskuły – dzisiejsze żądania reparacji od Niemiec, nawet w połączeniu z dojrzałym już politycznym mitem katastrofy smoleńskiej jako narodowego męczeństwa to wciąż za mało. Nad wzrostem poparcia dla partii rządzącej wytrwale pracuje państwowa telewizja i politycy od czasu do czasu powracający do tematu „repolonizacji” mediów, która musiałaby oznaczać „wybicie zębów” dzisiejszej medialnej opozycji. Kaczyński musi jednak działać ostrożniej, metodą mniejszych kroków i drobniejszych manipulacji, dokonywanych równolegle na kilku poziomach i stopniowo wpuszczających autorytarnego bakcyla do wciąż jeszcze (formalnie) liberalno-demokratycznego organizmu. Pytanie, jak długo jeszcze ów organizm będzie w stanie to znosić i czy pozostanie w nim jeszcze na tyle życia, by po ewentualnej zmianie politycznej koniunktury powrócić do normalnego funkcjonowania.

nv-author-image

Michał Warchala

Michał Warchala – socjolog, historyk idei; opublikował m.in. „Autentyczność i nowoczesność. Idea autentyczności od Rousseau do Freuda” (2006).

0 komentarzy do “Iluzje zmiany i złośliwy bakcyl autorytaryzmu”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

[give_form id="8322"]

News Alert

Bądź na bieżąco!

Zamawiając bezpłatny newsletter akceptuje Pan/Pani naszą ochronę danych. Wypisanie się z prenumeraty newslettera jest w każdej chwili możliwe.