„Odnalezienie nici losu Francji”

Czy istnieje doktryna Macrona dotycząca polityki zagranicznej?

Fenomen Macrona powoduje, że zapomina się o kilku dotychczasowych modelach interpretacyjnych francuskiej polityki wewnętrznej, i że w dalszym ciągu budzi on więcej pytań, niż kilka tych, na które nowy francuski prezydent – w krótkim okresie swojego urzędowania – miał okazję udzielić konkretnych odpowiedzi. Jego nieoczekiwany i wyraźny sukces jako kandydata zapewnił mu życzliwość opinii publicznej na pierwsze miesiące po zwycięstwie, mimo że spadające zaraz po nim poparcie dla prezydenta pokazało, jak wielkie jest w społeczeństwie francuskim zniecierpliwienie i oczekiwanie reform – a jednocześnie strach przed nimi. Największy, a jednocześnie najbardziej kruchy kapitał Emmanuela Macrona polega jednak na tym, że w czasie kampanii wyborczej udało mu się wywołać u Francuzów pozytywne emocje, w przeciwieństwie do polityki strachu populistycznego Frontu Narodowego, i wzbudzić nadzieję oraz entuzjazm także w młodszych pokoleniach. Jego skłonność do nienagannej inscenizacji własnych wystąpień publicznych świadczy o szczególnym talencie socjotechnicznym. Już zaraz po wyborach, podczas pierwszego wystąpienia 7 maja 2017 roku przed piramidą w Luwrze, symbolicznie zwrócił uwagę na istotę swojej polityki: niepodzieleni, a razem; nie prawica ani lewica, tylko gotowość do kompromisu; nie nacjonalistycznie, ale europejsko udać ma się „odnalezienie nici losu Francji”. Nie wolno tego w żadnym wypadku błędnie zrozumieć jako Make France great again: styl Macrona zapowiada zarówno pewność siebie i zdecydowanie, jak i otwartość oraz gotowość do podjęcia dialogu.

 

© istock/Niyazz

W obliczu takiego podejścia powstaje teraz pytanie o jego wdrożenie we francuską politykę zagraniczną. Pierwsze wrażenie jest takie, że mamy do czynienia z programowymi aluzjami i dobrze zaplanowanym PR. A jednak nowej francuskiej głowie państwa udało się udowodnić sceptycznemu początkowo krajowi i zagranicy, że posiada on jak najbardziej format międzynarodowy i szybko zamierza nadrobić skromne dotychczas doświadczenie w polityce międzynarodowej. Macron dość szybko i gładko wszedł w swoją nową rolę – świadczy o tym cały szereg znaczących, symbolicznych gestów i wypowiedzianych słów tylko na przestrzeni paru tygodni. To akurat nikogo nie dziwi, ponieważ od czasu kampanii wyborczej, jako doradcy przy boku Macrona stoją renomowani eksperci i byli pierwszoplanowi bohaterowie francuskiej polityki zagranicznej, w tym były minister spraw zagranicznych Hubert Védrine, niegdyś twórca błyskotliwej koncepcji „gaullistyczno-mitterandowskiej polityki zagranicznej”. Można wyjść z założenia, że z Védrinem jako doradcą, którego koncepcja łączy pojęciowo dwóch przeciwstawnych twórców francuskiego sytuowania kraju wobec stosunków międzynarodowych, Macron również w polityce zagranicznej dążył będzie do rozwiązania przeciwieństw.

 

Przykładem na to były zarówno celowo męski – dokładnie wyćwiczony – uścisk dłoni pomiędzy Macronem a Donaldem Trumpem, jak również niekonwencjonalna reakcja francuskiego prezydenta (Make our planet great again!) na zapowiedź Trumpa, że Stany Zjednoczone zdecydowały się na wypowiedzenie paryskiego porozumienia klimatycznego, jednocześnie jednak wola dalszego pielęgnowania dialogu z Waszyngtonem oraz strategicznych powiązań transatlantyckich w celu przeciwdziałania amerykańskim tendencjom izolacjonistycznym. „Jednocześnie” (en mêmetemps) – to chyba najbardziej ulubione powiedzonko Macrona, z którego jego krytycy najbardziej się podśmiewują, to więcej niż tylko frazes, gdyż uwydatnia jego próbę połączenia przezwyciężenia przeciwieństw za cenę politycznego szpagatu. Tak samo jasne stało się to biorąc pod uwagę postawę prezydenta wobec Rosji: z jednej strony nie należy Moskwy izolować, z drugiej zaś, wśród czołowych polityków Francji, poza Macronem, nie ma chyba żadnego innego tak zdecydowanego przeciwnika wojny hybrydowej prowadzonej przez Władimira Putina przeciwko Zachodowi. Przed 29 maja 2017 roku żaden z zachodnich polityków nie miał odwagi, by na wspólnej konferencji prasowej z prezydentem Rosji przed dziennikarzami z całego świata nazwać po imieniu agresywną propagandę Kremla, a jej medialne ostrze, telewizję Russia Today, bez ogródek przywołać do porządku.

 

© istock/Delpixart

Macron ma jednak ambicję bycia kimś więcej niż tylko nowym francuskim enfant terrible polityki światowej. Jego główny projekt skierowany jest na obszar, w którym jego doświadczenie międzynarodowe okazuje się jest najsolidniejsze, a siła przebicia mogłaby być – zakładając dobre warunki ramowe – największa: to Europa. Tutaj jego cele stają się najwyraźniejsze, a jego wystąpienie na Sorbonie tak samo jak i poprzednie w Atenach (kolejny przykład zamierzonej symboliki) dały mu okazję do jasnego sprecyzowania własnych celów odnośnie reformy Unii Europejskiej: więcej konwergencji między Francją a Niemcami, między innymi poprzez integrację obu rynków; odrębny budżet dla strefy euro; więcej zrównania w kwestiach socjalnych i harmonizacji podatkowej przedsiębiorstw; wspólny budżet obronny; reforma wspólnej polityki rolnej; podatek na produkcję węgla; ale przede wszystkim zmniejszenie liczby komisarzy UE. Co najpoważniej rysuje się w propozycjach Macrona, to wzmocnienie jądra Europy, a więc świadoma akceptacja Europy dla kilku prędkości, co działać powinno jednak motywująco, a niewykluczająco. W szczególności – a to stanowi kolejny przykład transcendowania przeciwieństw – mają zostać zapewnione warunki dla nowej koncepcji, która w ustach prezydenta brzmi – „budować Europę, która chroni”. Macron angażuje się tu poniekąd na rzecz dalekosiężnego europejskiego suwerenizmu; niepewności i częściowym obawom Francuzów, że mogą coś utracić, chce przeciwdziałać nie poprzez zwiększenie siły narodu, lecz jeszcze poważniejszą integracją europejską. Troska o stworzenie lub też umocnienie poczucia europejskiej wspólnoty losu wyraża się przy tym między innymi w propozycji, by rozbudować i rozszerzyć program wymiany studenckiej ERASMUS, aby jeszcze silniej „europeizować” młodzież.

 

Zasadnicza myśl prezydenta, że bez samoistnego wzmocnienia się Francji Europa nie może poczynić postępów, nie jest nowa i przypomina słynną wypowiedź francuskiego ministra spraw zagranicznych Georges’a Bidaulta z początku lat 50. ubiegłego wieku, że zamierza się „budować Europę, nie burząc Francji”. Jednak wizja Macrona, której prezydent Francji ze względów ideologicznych świadomie nie zamierza ograniczyć do sztywnej doktryny, świadczy z kolei o poważnej zmianie perspektywy: Europa nie ma być tylko środkiem, tylko przeistaczać się – przynajmniej programowo – w cel. A jeżeli faktycznie chodzi o to, by wzmocnić Francję również poprzez bolesne reformy, to Macron postrzega ten trudny wewnętrzny projekt jako część europejskiego procesu reform. Skuteczna realizacja jednego i drugiego wymaga co prawda woli politycznej, a osiągnąć ją będzie można tylko poprzez współpracę (i to nie tylko z Niemcami), jak pokazał to pierwszy, twardo wywalczony wynik negocjacji, dotyczących zmiany dyrektywy UE o delegowaniu pracowników (23 października 2017). Cóż, przecież nawet Emmanuel Macron nie jest demiurgiem.

nv-author-image

Pierre-Frédéric Weber

Dr hab. Pierre-Frédéric Weber jest historykiem i politologiem, wykłada na Uniwersytecie Szczecińskim. W swojej najnowszej publikacji rozprawia się z fenomenem strachu przed Niemcami w Europie po 1945 r. ("Timor Teutonorum")

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *