Od Brexitu do Czexitu?

W kilka tygodni po wyborach parlamentarnych w Republice Czeskiej (20-21 października 2017 roku) wciąż nie znamy odpowiedzi na najważniejsze pytanie: co tak naprawdę wybrali Czesi?

Na pozór wszystko jest oczywiste, a wyniki znane. Jedna trzecia wyborców (29,64 proc.) oddała głos na ANO Andreja Babiša. Jest to nie tyle partia, ile raczej projekt marketingowy sfinansowany przez drugiego najbogatszego Czecha, z pochodzenia Słowaka, który umiejętnie wykorzystał powszechną niechęć do partii politycznych, a zarazem głęboko zakorzeniony nad Wełtawą mit przedsiębiorcy-filantropa w rodzaju Antonina Baty. Ten właściciel słynnej firmy obuwniczej, pierwszej, w której zastosowano system produkcyjny Forda, przed wojną dał tysiącom Czechów i Słowaków nie tylko pracę, ale wręcz całe miasto (Zlin na Morawach). A w nim domy mieszkalne, szkoły, przedszkola, obiekty sportowe, kasy zapomogowe i gospody.

 

Taki kapitalizm Czesi kochają, za nim tęsknią. Babiš o tym wie i dlatego zdołał przeciągnąć na swoją stronę tradycyjny elektorat socjalny, co dało mu zwycięstwo. W przededniu 100. rocznicy rewolucji październikowej czescy socjaldemokraci i komuniści łącznie dostali tylko 15 proc. głosów, co w kraju o największym współczynniku zatrudnienia w sektorze produkcyjnym w całej UE (ponad 40 proc. siły roboczej), na dodatek z ponad stuletnią tradycją ruchu robotniczego, jest wynikiem na miarę katastrofy – w istocie nigdy wcześniej nie zdarzyło się, by tak niewielu Czechów zagłosowało na lewicę.

© istock/paulrommer

Babiš obiecuje, że będzie kierował państwem tak, jak własną firmą. Pogoni skorumpowanych polityków, rządy powierzy fachowcom, którzy sprawdzili się w holdingu Agrofert. Ma w kim wybierać, bo holding, którego jest stuprocentowym udziałowcem, skupia 250 firm i zatrudnia trzydzieści tysięcy ludzi w dziesięciomilionowym kraju.

Sekretem sukcesu wyborczego Babiša jest poczucie bezpieczeństwa, jakie zapewnia swoim zwolennikom. Czesi są najbardziej eurosceptycznym narodem w Europie; nie wierzą, że dzięki ściślejszej integracji z Unią prędzej osiągną poziom życia krajów zachodniej Europy. Prawdę mówiąc, w ogóle nie łączą jakości życia w Czechach z członkostwem swego kraju w Unii Europejskiej. Ten proeuropejski czynnik, liczący się nadal w Polsce Kaczyńskiego – z którym i Kaczyński musi się liczyć – zupełnie nie działa w Czechach.

 

To właśnie nadaje tamtejszej polityce inną dynamikę, czyni ją niełatwą do zrozumienia dla obserwatora z zewnątrz. Dziewięć partii politycznych w parlamencie, w tym komuniści i neofaszyści! I tylko jedna, marginalna partia, której posłowie opowiadają się za ściślejszą integracją z UE (TOP 09)? Gdyby kilka tysięcy Prażan nie poszło do wyborów, w parlamencie nie byłoby ani jednego ugrupowania, jawnie opowiadającego się za szybkim wejściem do strefy euro. Przy czym Czechy są akurat tym krajem wschodnioeuropejskim, który mógłby do niej wejść choćby jutro.

 

Ale tego nie zrobi. Dwie trzecie Czechów są temu przeciwne. Mogą głosować na Babiša, konserwatystów, komunistów, neo-faszystów, socjaldemokratów czy piratów, ale łączy ich to, że nie chcą dzielić się z tymi, którzy zagrażają ich poczuciu bezpieczeństwa. W tej zaś kategorii mieszczą się oczywiście uchodźcy (których w Czechach prawie nie ma), muzułmanie (którzy są nieliczni i na ogół dobrze sytuowani), Cyganie (których jest wielu i są biedni, ale nie tak biedni, i nie tak liczni, jak na Słowacji). A przede wszystkim Unia Europejska, którą wielu postrzega nie jako rozwiązanie, lecz źródło problemów.

 

Babiš początkowo, przed czterema laty, był zwolennikiem ścisłej integracji europejskiej, ale mu przeszło. Obecnie jest przeciwnikiem wejścia Czech do strefy euro i przyjmowania uchodźców, co sytuuje go w jednym szeregu z Kaczyńskim i Orbanem. Na tym podobieństwa się kończą i niełatwo będzie im się porozumieć.

Lider ANO jest bowiem uosobieniem tego wszystkiego, czego nienawidzą prawicowi wyborcy PiS-u i FIDESZ-u. Pierwsze pieniądze zarobił w szeregach komunistycznej nomenklatury, a przez ostatnie ćwierć wieku pomnożył majątek, przejmując państwowe przedsiębiorstwa, głównie z branży spożywczej, którą praktyczne kontroluje.  Nie wyznaje żadnej ideologii, ani światopoglądu, ale zgodziłby się z bohaterem filmu „Wall Street”, że „Greed is good”. W tym sensie jest liberałem i chce być tak postrzegany; dlatego jego partia należy do liberalnej grupy ALDE w Parlamencie Europejskim (co nie musi dziwić bardziej, niż obecność FIDESZ-u w chadeckiej EPP). Babiš jest i pozostanie proeuropejski. Przynajmniej dopóty, dopóki będzie mu się to opłacać.

 

© istock/bgblue

Przeciwnicy zarzucają mu skłonności autorytarne, pogardę dla procedur, niechęć do demokracji liberalnej i państwa prawa, współpracę z komunistyczną tajną policją, korupcję, nieuczciwe niszczenie konkurencji i sprzeniewierzenie funduszy europejskich (tuż przed wyborami prokuratura postawiła Babišowi i szefowi klubu parlamentarnego ANO zarzut wyłudzenia milionowych dotacji z UE). Jednakże wszystkie te sprawy były znane już w 2013 roku, gdy socjaldemokraci po wygranych wyborach utworzyli koalicję z ANO, dając jego liderowi fotel ministra finansów (i wicepremiera). Od tego czasu czeska gospodarka zanotowała najwyższy wzrost od 1996 roku, osiągając w 2016 roku poziom 88 proc. przeciętnego unijnego poziomu PKB per capita (czyli najwyższy wśród państw postkomunistycznych, włącznie ze Słowenią, i 15. w UE). Jednocześnie bezrobocie spadło do najniższego poziomu w całej Unii Europejskiej.

 

Sukcesy rządu poszły na konto Babiša. Socjaldemokraci próbowali go zdyskredytować, na kilka miesięcy przed wyborami pozbawili go stanowiska, ale w ten sposób tylko umocnili wizerunek „zwykłego obywatela”, walczącego z partyjną mafią. Na skutek własnej nieudolności i kiepskiego przywództwa Czeska Partia Socjaldemokratyczna straciła niemal dwie trzecie wyborców (20,45 proc. w 2013 roku i 7, 27 proc. w 2017). Natomiast szef ANO pozyskał ponad pół miliona nowych zwolenników, czyli jedną dziesiątą wszystkich, którzy oddali głos w ostatnich wyborach.

 

Nietrudno się domyślić, że ANO miało najbardziej profesjonalną kampanię i było najsilniej obecne w mediach społecznościowych. To samo dotyczy dwóch pozostałych partii antysystemowych, które po raz pierwszy weszły do parlamentu. Piraci (10,79 proc.) zdobyli czterokrotnie więcej głosów niż w poprzednich wyborach. To partia młodych ludzi, którzy odrzucają tradycyjną politykę i polityków, chcą demokracji bezpośredniej, ograniczenia biurokracji i roli państwa, a przede wszystkim upowszechnienia Internetu. Ich odpowiednikiem z prawej strony spektrum jest neofaszystowska partia SPD Tomio Okamury, pół-Japończyka, który domaga się Czexitu i delegalizacji islamu w Republice Czeskiej (10,64 proc.). Te trzy partie jawnie, choć z różnych pobudek kwestionują „polistopadowy porządek” i zasady liberalnej demokracji. Nawet bez komunistów, którzy zaliczyli najsłabszy wynik w historii (7,76 proc.), mają one większość konstytucyjną (122, a z komunistami 137 mandatów w 200-osobowej izbie poselskiej). Nie jest jednak jasne, czy i w jakim celu Babiš zechce wykorzystać tąteoretyczną większość. I na tym polega niepewność związana z jego wyborem.

 

Według najbardziej prawdopodobnego scenariusza wydarzeń lider ANO spróbuje utworzyć rząd mniejszościowy. Nie lubi dzielić się władzą, poza tym nie widać chętnych do koalicji z premierem, na którym ciążą zarzuty prokuratorskie. Nowy parlament zadecyduje, czy pozbawić go immunitetu, co oznacza, że Babiš będzie potrzebował dodatkowych głosów w parlamencie. Nie tylko po to, by uzyskać wotum zaufania dla tworzonego przez siebie rządu, ale i po to, by w ogóle móc utworzyć jakikolwiek rząd.

 

Wydaje się, że nie może liczyć na żadne spośród aż czterech ugrupowań centro-prawicowych (ODS, TOP 09, KDUČSL, STAN). Politycy tych partii myślą już o kolejnych, być może przedterminowych wyborach (obecnie mają łącznie zaledwie 48 mandatów). Podobny cel przyświeca partii Okamury, która może stać się drugą siłą w przyszłym parlamencie, jeśli zdoła doprowadzić do referendum w sprawie wyjścia Czech z Unii Europejskiej. Lider partii domaga się przyjęcia przez parlament ustawy, która umożliwi przeprowadzenie takiego referendum. Może to być cena za wotum zaufania dla rządu Babiša.

 

Referendum w sprawie Czexitu jest z każdym dniem coraz bardziej prawdopodobne. Wprawdzie precedens brytyjski nakazywałby ostrożność, ale Babiš może liczyć na mobilizację elektoratu pro unijnego i sprawdzony w działaniu arsenał propagandowy (jest właścicielem znacznej części rynku medialnego, to m.in. dwa największe dzienniki, sieć prasy regionalnej, stacje radiowe, telewizja). Przy okazji mógłby się zaprezentować jako szczery demokrata w kraju, a za granicą – polityk pro unijny, gwarant członkostwa Czech w UE.

 

Jeśli w ciągu najbliższych tygodni zawiodą tradycyjne, wypróbowane w czeskim systemie parlamentarnym metody – takie jak egzotyczna koalicja, np. z Piratami, umowa opozycyjna (czyli nieformalna koalicja z największą partią opozycyjną, tzn. ODS), wreszcie podkupywanie posłów opozycji – to może się okazać, że Babiš stanie przed wyborem: albo referendum, albo wcześniejsze wybory.

 

Historia zna niebezpieczny precedens. W 1992 roku wybory parlamentarne w Czechosłowacji wygrali Václav Klaus i Vladimír Mečiar. Ci dwaj politycy, nie mogąc się porozumieć co do podziału kompetencji we wspólnym państwie, zamiast rozpisać nowe wybory (których wynik mógłby pozbawić ich władzy) w ciągu pół roku doprowadzili do rozpadu państwa – i jeszcze zostali za to pochwaleni przez społeczność międzynarodową. Byłoby wielkim paradoksem, gdyby ćwierć wieku później właśnie w Czechach, kraju często uważanym za najbardziej zachodnie spośród nowych państw członkowskich UE, w tym środkowoeuropejskim Albionie, rozpoczął się demontaż Unii Europejskiej na wschodzie.

nv-author-image

Aleksander Kaczorowski

Aleksander Kaczorowski jest redaktorem naczelnym wydawanego w Pradze kwartalnika Aspen Review Central Europe, autorem biografii Václava Havla („Havel. Zemsta bezsilnych”, Czarne 2014).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *